Czy Tolkien mieści się w kulturze chrześcijańskiej?

Tolkien był jednym z pierwszych, który zauważył, ze jednym z wielkich dramatów ludzkości w naszych czasach jest utracenie znaczących odniesień kulturowych, które były jeszcze bardzo silne w czasach naszych pradziadków. Jeśli zauważamy, że Ewangelia z taką trudnością może rozkwitać na obszarach tak zwanej kultury zachodnio-europejskiej, to dzieje się tak z dużą dozą prawdopodobieństwa dlatego, że gleba w jaką jest wysiewana, coraz bardziej jest temu zasiewowi wroga.
Paradoksalnie, rozwój środków przekazu audiowizualnego zubożył naszą kulturę. Generalnie zaś wielkie dzieła czy dziełka masowej kultury, wielkie epopeje fantastyki przenikające coraz bardziej kulturę kina są coraz bardziej nafaszerowane różnymi ideami ezoterycznymi, które nie tylko, że nie sprzyjają budzeniu się świadomości religijnej, ale ograniczają nasz sposób myślenia do pewnego zamkniętego świata, w którym nieobecne jest jakiekolwiek otwarcie na transcendencję. To jeden z przejawów między innymi zjawiska nazywanego dzisiaj New Age’em.

Tolkien postrzegał to już bardzo wyraziście, i chcąc zaradzić temu, niekorzystnemu dla religijności zjawisku, postanowił zbudować w świadomości społecznej wielką, dwudziestowieczna mitologię, pomyślaną jako dzieło pre-ewangelizacyjne, czyli tak naprawdę tworzące podstawy, bazę pod możliwość mówienia o Bogu chrześcijaństwa.

tolkien_the_two_trees

Jego trylogia miała w zamyśle dokonać nasączenia naszej kultury wartościami chrześcijańskimi bez odwoływania się do nich w sposób nachalny czy dosłowny. Pre-ewangelizayjny charakter „Władcy Pierścieni” zauważalny jest w tym, że treść tej książki, zawarte i prezentowane w niej wartości, są nie tylko niesprzeczne z wiarą chrześcijańską, lecz tworzą dla niej przede wszystkim korzystne tło.

Tolkien, którego kariera jako literata znalazła swój początek już wcześniej w postaci bajek jakie opowiadał swoim dzieciom przed zaśnięciem (dzieci, a nie swoim ), zdawał sobie doskonale sprawę z wielkości dobra, jakie mogła przynieść tego rodzaju fantastyczna epopeja, wprowadzająca w zbiorowe myślenie, lub raczej przywracające w nie, inny niż ezoteryczny, paradygmat.

Taka bowiem opowieść przekracza wszelkie ograniczenia kulturowe i religijne i umożliwia wszystkim, bez żadnego wyjątku ludziom, z każdej kultury czy religii, „bezwiedne smakowanie” wartości typowych dla chrześcijaństwa.

Dla Tolkiena, książka „Władca Pierścieni” jest „dziełem fundamentalnie religijnym i katolickim; stawała się takim początkowo nieświadomie, ale coraz bardziej świadomie w trakcie pracy nad jej poprawianiem i porządkowaniem” jak pisał do jednej z osób, z którą korespondował. Nie chodzi bowiem w niej o jakaś transpozycję, o dostosowanie, o przeróbkę, o opowiedzenie Ewangelii innymi słowami, o zastosowanie jakiejś alegorii, ale o zupełnie nową historię, która podejmuje na nowo wiele tradycyjnych wątków mitycznych uzupełniając je o wymiar transcendentalny i o wiele bardziej istotny wymiar humanistyczny.
„Władca Pierścieni” jest bowiem zapisem podstawowych zagadnień czy tematów religijnych całej ludzkości: Stworzenia (a nie emanacji), Upadku, śmierci, wieczności i przeznaczenia człowieka.

W przeciwieństwie do wielu dzieł fantastyki czy fantasy naszych czasów, „Władca Pierścieni” nie stawia przed nami jakichś bohaterów, czy raczej herosów lub heroin, wyposażonych w jakieś super-moce. Jest przeciwnie: książka ta mówi o słabości człowieka w obliczu pokusy. Prawdziwymi jej bohaterami są w gruncie rzeczy maluczcy – to hobbity, a zwłaszcza Frodo. Jedyny, który mógł zanieść Pierścień Władzy do Góry Przeznaczenia. Natomiast ludzie, należą do rasy słabych, spragnionych władzy i panowania. Najodważniejszy z nich, Aragorn, czerpie swą moc z jasno postawionej decyzji nie zbliżania się w ogóle do pierścienia. Jest bowiem tylko człowiekiem i uznaje w pokorze swa własną słabość. To jedna z bardzo chrześcijańskich wartości. Czyż sam Jezus nie przekazał nam nauki, że najlepszym sposobem na to, by nie ulec pokusie, jest zdecydowane zerwanie ze wszystkim, co prowadzi do grzechu?

Natomiast główny wątek książki, podejmuje w daleki od jakiejkolwiek alegorii sposób podstawowe składniki Pasji – Męki Chrystusa.
W grę wchodzi ocalenie całego Śródziemia. Główne osoby, jakie podejmują to wyzwanie, całkowicie nieproporcjonalne do ich możliwości zdają sobie sprawę, że ich szanse na pomyślny wynik i powrót do domu są znikome. Tak jednak mogłoby się stać, gdyby nie brać pod uwagę owej niewidocznej opatrzności, o której nie pisze się na stronach trylogii expressis verbis, ale która i tak jest w gruncie rzeczy wszechobecna w dziele Tolkiena.
Oni jednak chcą oddać swoje życie za tych, których kochają. Kiedy podejmują takie postanowienie odkrywają, że tylko poprzez ofiarę, a nawet śmierć, odnalezione zostanie to, co zostało zagubione, a zło i śmierć zostaną pokonane. Postawę tę wyraża jedne z bohaterów w chwili swego odejścia: „Odchodzimy w smutku, ale nie w rozpaczy”.
Bohaterowie Tolkiena akceptują konieczność ofiary mając świadomości tego jak dobre jest to, co mają czy mogą utracić. Można odnaleźć w tym echo słów pierwszych męczenników, wysławiających przed swoimi oprawcami piękno świata jaki maja utracić, lecz przedkładając nad ten świat jego Stwórcę.

Rozwiązanie historii także na nowo podejmuje pewien element obecny w większości baśni, i z zachowaniem odpowiedniej proporcji, także w Ewangelii. Wszelka baśń winna, jak uważa Tolkien zakończyć się „eukatastrofą” końcową, czyli nagłym, szczęśliwym zwrotem, który wprawia czytelnika w radość i to taką radość, która wywołuje łzy. Największą i najwspanialszą spośród wszystkich „eukatastrof” było Zmartwychwstanie.
Taka myśl stała się przekonaniem Tolkiena, kiedy pewnego dnia podczas mszy świętej, wysłuchał on kazania, w którym kapłan opowiadał historię pewnego cudownego uzdrowienia jakiegoś dziecka w Lourdes w 1927 roku. To wydarzenie opowiada o chłopczyku chorym na gruźlicze zapalenie otrzewnej, którego już umierającego, umieszczono na tym samym wózku, na którym była już wcześniej tez cudownie uzdrowiona dziewczynka, a on w chwili przejazdu wózka obok groty nagle wstał i siadł na wózku mówiąc, że chce porozmawiać z tą dziewczynką, a następnie zszedł i poszedł się z nią pobawić.
Tolkien wyznaje, że w trakcie słuchanie tego kazania odczuł głębokie wzruszenie i natychmiast zrozumiał, czym to było: „Tym, co starałem się opisać i wyjaśnić w całym moim eseju na temat baśni… Tym, dla czego ukułem pojęcie „eukatastrofy”, szczęśliwego zwrotu w opowieści, który przeszywa radością sprowadzającą łzy (a co uważam za najistotniejsze zadanie jakie ma wnieść w nasze życie baśń). Wywołało to we mnie przekonanie, że ten szczególny skutek ma miejsce, gdyż jest to jakby światło Prawdy…”

Tak więc Tolkien nie miał tylko religijnego ale wręcz misjonarski cel. Chciał on zaprowadzić swego czytelnika ku odczuwaniu owej szczególnej radości „eukatastrofy” w tym, co sam wymyślił, aby pomóc mu w ten sposób w zbliżeniu się do wielkiej, rzeczywistej i niewymyślonej „eukatastrofy”, o jakiej mówi Ewangelia, „eukatastrofy” narodzenia Chrystusa i poranka wielkanocnego.

„Narodzenie Chrystusa jest eukatastrofą dziejów człowieka… Zmartwychwstanie jest eukatastrofą w dziejach Wcielenia.” Przez to Tolkien też zwraca uwagę na to, że Ewangelia zaczyna i kończy się radością. Jest ona według niego najpiękniejszą opowieścią, godną prawdy i – jest ona prawdziwa. W pewnym liście Tolkien wręcz wyznaje: „nie chcę oczywiście głosić, że Ewangelia to tylko baśń; jednak podkreślam, że przytaczają pewną baśń: największą z baśni”. I w innym miejscu, pisząc do C.S.Lewisa: „Istotą chrześcijaństwa jest mit, który jest równocześnie faktem… Wydarza się – w określonym dniu, w konkretnym miejscu, pociągając za sobą możliwe do określenia historyczne konsekwencje…Stając się faktem, nie przestaje być mitem: na tym polega cud« .
Oraz: « Ewangelie opowiadają baśń, czy też szerszy rodzaj opowieści, która obejmuje całą istotę baśni… To największa z baśni, a ponadto prawdziwa« .

Tak więc trudno znaleźć jest w trylogii Tolkiena bezpośrednie nawiązania do chrześcijaństwa, do ewangelii, nie ma w niej alegorii, zamaskowanych treści ewangelicznych, ale jest za to budowa w świadomości czytelnika nowego (a raczej odbudowa starego) paradygmatu – otwarcia na Transcendencję i ucieczki przed ezoterycznym emanacjonistycznym immanentyzmem. Po to, by móc potem w takiej świadomości siać ziarno Ewangelii.

Publicités

Czy Archiwa Watykańskiej są tajne?

home_fr_r5_c12  

         

Przesądy biorą się z niewiedzy. Wszystkie. Najgorzej jednak kiedy w naszym myśleniu stosujemy utarte klisze, utarte zwroty, powtarzamy przesądy nie zastanawiając się nawet skąd się wzięły. A czasami odrobina refleksji i przeszukania źródeł czy opracowań wystarczy, by przesąd przestał straszyć.

Jednym z przesądów odnoszących się do Średniowiecza i Kościoła jest stwierdzenie o „Tajnych Archiwach Watykanu”.

Fakt. Ta instytucja taką nosi nazwę. Jednak na nazwie budowane są przesądy. Rzekomo tajne archiwa zawierają dokumenty niedostępne dla niewtajemniczonych, jakieś mroczne tajemnice, może jakąś wiedzę okultystyczną czy ezoteryczną. W każdym razie niedostępną, skrytą, niebezpieczną, mroczną i ponurą….

To bzdura.

Okazuje się, że Tajne Archiwa Watykanu można zwiedzić nawet w Internecie o czym pisze portal ekumenizm.pl

http://www.ekumenizm.pl/content/article/20060119145021839.htm

A oto oficjalna strona Tajnych Archiwów Watykanu: http://asv.vatican.va/

Ostatnio znalazłem takie przedziwne i wskazujące na całkowitą ignorancję wypowiadających się następujące wypowiedzi na jednym z for religijnych.

http://forum.wiara.pl/viewtopic.php?f=52&t;=25893

Ktoś pisze:

Jeśli by odtajnili choćby spis ksiąg jakie tam maja to byłby początek końca KK. Całą wiara i doktryna na jakiej sie opiera i funkcjonuje ta świątynia Mamony, jaką jest Watykan, runęłaby w gruzach

Na wątpliwości moderatora autor(ka) tej wypowiedzi odpisuje:

Wyciągam wnioski, że skoro tak bardzo to utajniają to znaczy, że mają ku temu powód. A jaki inny, jeśli nie podważenie tego na czym opiera się doktryna KK. Widać to też na podstawie pewnych tekstów historycznych, odnalezionych przez archeologów Ewangelii i wiedzy w nich zawartych czy choćby na podstawie pism gnostycznych czy koptyjskich, które są równie stare jak reszta ewangelii, jakie się robi nagonki, ze to nie prawda czy ze bzdura.

 

Inny uczestnik ciągnie dalej rozwijanie przesądu:

Archiwa są ukrywane bo prawdopodobnie zawierają księgi zakazane w tym satanistyczne. W końcu sekta satanistyczna jak się uchowała w Watykanie i rośnie w siłę ?

Watykan może mieć naprawdę groźne zbiory w swoim archiwum w końcu najciemniej pod latarnią i tylko tam mogły się uchować wszystkie tajemne księgi palone podczas inkwizycji i mają też ogromną wartość pieniężną.
Tu już nie jest potrzebna spiskowa teoria – sam bym na ich miejscu dwa razy się zastanawiał czy palić księgi, których zrobienie jednej kosztowało tyle co trzy wsie i ukrył bym w samym Watykanie utajniając wszystko – oczywiście przed nawróceniem jaki się we mnie dokonuje przez dążenie do bycia oblubienicą czystą i nieskalaną na dzień godów baranka.

 

Skąd owo określenie tajności skoro archiwa są dostępne? Skąd odium mroczności, niedostępności, ponurych sekretów, ba niewybrednych oskarżeń jakie znaleźć można na wielu witrynach internetowych czy forach?

Wszystko wzięło się z tłumaczenia oryginalnej nazwy przy pomocy słowa, które w języku polskim ma nieco poszerzoną konotację.

Oryginalna nazwa instytucji to Archivum Secretum Vaticanum.

archives_vaticanes1

W 1610 roku papież Paweł V założył nowe archiwa w Watykanie poprzez przeniesienie do nowej siedziby dokumentów i woluminów do tej pory przechowywanych w Archiwach Kamery Apostolskiej, Bibliotece Watykańskiej i w Zamku Św. Anioła. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się nazwa Archivum Secretum Vaticanum. Analogicznie część Biblioteki Watykańskiej nazywano pod koniec XV wieku Tajną Biblioteką (Biblioteca Secreta). Zaś Archiwa określano jako stworzone pro privata Romanorum pontificum commoditate et ad publicam studiorum utilitatem.

 

Samo określenia sekretny (a nie tajny) – secretum – w środowiskach dworskich, tak świeckich jak i kościelnych było używane wobec osób czy instytucji zbliżonych do osoby księcia (czy dostojnika kościelnego, w tym przypadku papieża) oraz jego familii. Nie przez przypadek najbardziej zaufana osoba u boku władcy, osoba, z którą władca porusza najbardziej delikatne czy najbardziej poufne sprawy i od której zależało także przechowywanie dokumentów nazywana była secretarium. Poza tym w całej familii książęcej mamy do czynienia także z innymi urzędnikami, których określenie zawiera w sobie człon secretum jak sekretny (tajny, a może jednak prywatny?) pokojowiec, sekretny (tajny, a może jednak prywatny)  podczaszy, itd. Podobne zjawisko obserwować można było środowisku kościelnym. Tam także obecni byli secretarii, camerarius secretus, sacrista secretus, scalco secretusi inni.

Jak widać, określenie to pierwotnie związane było bezpośrednio ze służbą dla władcy (czy papieża). Przez analogię stało się określeniem biur i instytucji dworskich takich jak biblioteca secreta (biblioteka prywatna), camera secretae (prywatny pokój) , capella secreta (prywatna kaplica) czy w końcu archiwum secretum (prywatne archiwum).

W tym ostatnim przypadku chodzi o prywatne archiwa władcy, będące jego prywatną własnością i zarządzane przez osoby o podobnym tytule scriptor secretus, bibliothecarius secretus, itd.

Podobnie postępowali i papieże nazywając swoje instytucje i swoich pracowników sekretnymi czyli prywatnymi,  a nie tajnymi.

vatican1_1645931c

Tajne (czyli prywatne) Archiwa Watykańskie w dalszym ciągu są prywatne choć nie są tajne od kiedy Leon XIII w 1881 roku udostępnił ich zawartość badaczom i historykom.

Stolica Apostolska jest jedyną współczesną instytucją, której działalność trwa nieprzerwanie od Starożytności. Dzięki temu jej archiwa mogą być w chwili obecnej badane przez licznych naukowców bez żadnych ograniczeń religijnych, wyznaniowych czy politycznych. W 2009 roku zarejestrowano ich 1065 pochodzących z 51 różnych krajów. Korytarze Archiwum mają długość 85 km i są przemierzane przez 60 archiwistów dalekich od wyobrażeń wysuszonych starych mnichów przechadzających się z kagankami czy świecami pośród zatęchłych woluminów. Wyposażeni w najnowocześniejsze narzędzia archiwiści zajmują się dziś katalogowaniem dokumentów z okresu różnych pontyfikatów. Na przykład dokumentów z czasu pontyfikatu Piusa XII jest około 16 milionów. Niedawno otwarto skatalogowane dokumenty Soboru Watykańskiego II.

Czy Tajne Archiwa Watykańskie nie zawierają więc nic skrytego tajemnicą, żadnych tajnych dokumentów? Owszem są takie: tajność zarezerwowana jest wobec wszystkich dokumentów odnoszących się do życia osobistego tych, które one opisują. Dotyczy to wszystkich spraw małżeńskich będących przedmiotem badania komisji na przykład do spraw orzekania o nieważności małżeństwa, czy różnych zezwoleń, jak i dokumentacji z mianowania biskupów, gdzie porusza się fakty z życia osobistego kandydatów.

Kolejny mit: w Średniowieczu wierzono, że Ziemia jest płaska

    Powszechnie wierzy się, że w okresie Średniowiecza ludzie sądzili, jakoby Ziemia była płaska. Mnóstwo stron internetowych, wiele wypowiedzi, tak odosobnionych internautów jak i pseudo-publicystów wyraża takie przekonanie.

Pierwszym z brzegu przykładem może być Wikipedia:

„W czasie, kiedy Kolumb przygotowywał swoją wyprawę, poruszany był temat kulistości Ziemi. Ewentualne dopłynięcie Kolumba do Indii potwierdziłoby tę teorię. Wiele innych wypraw morskich zostało zorganizowanych w celu udowodnienia teorii kulistości Ziemi przez dotarcie do Indii. Wśród społeczeństwa, a zwłaszcza marynarzy, ciągle żywe były jednak obawy, iż gdzieś na dalekim Atlantyku istnieje jakaś krawędź świata, spoza której nie ma już powrotu”.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wielkie_odkrycia_geograficzne

Wyjątkowy przykład bezmyślnego powtarzania niesprawdzonych wiadomości.

blog_qk_18993_6318078_tr_plate

Większość osób, którym postawimy pytanie o to, kiedy odkryto, że Ziemia nie jest płaska, ale okrągła, odpowie bez wahania, że dopiero Krzysztof Kolumb i Galileusz, narażając się na krytykę i prześladowania ze strony Kościoła, próbowali z narażeniem życia (rzekomo Galileusz) obalać powszechne przekonanie średniowiecznych prostaczków o płaskości Ziemi.

Jednak taki stan wiedzy wielu współczesnych nie jest tylko zwykłą pomyłką, ale najzwyklejszym mitem, zbudowanym na nieprawdzie i bezrefleksyjnie podtrzymywanym. Mit taki, jak wiele innych mitów o Średniowieczu został stworzony w XIX wieku.

To, że Galileusz nie mógł odkryć, iż Ziemia nie jest płaska, jest oczywiste z chronologicznego punktu widzenia. Urodził się przecież w 1564 roku, podczas gdy marynarze Magellana zakończyli swoją podróż dokoła Ziemi 42 lata wcześniej, czyli w 1522 roku.

Oczywiste jest także, że to nie Kolumb odkrył, że Ziemia jest okrągła. Przygotowując się do swej podróży korzystał przecież z dzieła francuskiego kardynała d’Ailly z przelomu XIV i XV wieku (http://pl.wikipedia.org/wiki/Pierre_d’Ailly) Imago mundi, z jego wersji wydanej w roku 1480. To w tej książce Kolumb odnalazł dowody znane już od Starożytności na kulistość Ziemi, a zwłaszcza dowody pochodzące z XIV rozdziału II Księgi traktatu O niebie. Kardynał d’Ailly przytacza też obliczenia długości ziemskiego równika dokonane już przez Eratostenesa (http://pl.wikipedia.org/wiki/Eratostenes) w II wieku p.n.e.

 W tym miejscu uparty zwolennik tezy o średniowiecznej ciemnocie z pewnością zaprotestuje: „Oczywiście, Starożytność odkryła kulistość Ziemi, ale później, wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa, mamy do czynienia z mrocznymi wiekami, gdzie o tych odkryciach zapomniano i kierowano się tylko Biblią i jej nauką o płaskiej Ziemi”. Jednak konia z rzędem temu, kto w Biblii znajdzie tezę o płaskości Ziemi.

Naciągane są wywody jednego z najbardziej zapalczywych „racjonalistów”  naszego Internetu Mariusza Agnosiewicza, który na portalu racjonalista.pl pisze odpowiadając na pytanie czytelnika: Biblia wyraźnie mówi, ze ziemia jest płaska, inaczej nie miałby ten przesąd wyznawców wśród dzisiejszych chrześcijan, a przecież do dziś są tacy, co tego bronią. W Starym Testamencie mówi sie o tym np. u Izajasza, ale te ustępy są jednak dziś skrzętnie fałszowane i « krańce » zamienia sie np. na « strony ». Jednak słowo kanaph oznacza strony, skrzydła, suknie, krańce. Nie ma więc tu żadnego fałszerstwa.

Czy więc z chwilą pojawienia się chrześcijaństwa i odejścia Starożytności ludzie zaczęli myśleć, że Ziemia jest płaska? Czy jakiekolwiek prace średniowiecznych naukowców, filozofów, teologów zawierają przekonanie o płaskości Ziemi?

Pierwszym takim myślicielem był Laktancjusz żyjący na przełomie III i IV wieku, który w swoim dziele Divinae institutiones głosi teorię płaskiej Ziemi, nie powołując się jednak na autorytetu biblijne, lecz na obserwację i logikę. Nie znając pojęcia grawitacji argumentuje pisząc, że nie do pomyślenia jest wyobrażenie sobie, że mogłyby istnieć jakieś miejsca, gdzie rzeczy wisiałyby z dołu do góry. Drugim jest Kosmas Indicopleustes, zwany też Kosmasem z Aleksandrii, który w VI wieku sądził, iż Ziemia kończy się murem, za którym zachodzi Słońce. Jednak jego Topographia Christiana spisana była po grecku a jedyne zachowane rękopisy w liczbie trzech tez były po grecku, więc nie wywarły wielkiego wpływu na myśl europejskiego, łacińskiego Zachodu. Zwłaszcza w Średniowieczu.

I to wszystko.

Nikt więcej w Średniowieczu nie głosił tezy o płaskiej Ziemi. Wręcz przeciwnie. Wszyscy pozostali, chrześcijańscy i średniowieczni myśliciele porównywali Ziemię do piłki (Izydor z Sewilli), a myśliciele z XIV wieku (Buridan i Oresme) spierali się co do tego w jaki sposób obraca się kulista Ziemia.

A oto ilustracja z trzynastowiecznego podręcznika Jana Sacrobosco, De sphaera, z drukowanego wydania z 1478 roku, za: http://ghtc.ifi.unicamp.br/sacrobosco.htm (IX 2007).

blog_qk_18993_6318078_tr_kulista

 

Czy na jej podstawie sądzić można, że średniowieczni myśliciele podtrzymywali tezę o płaskiej Ziemi?

Na zakończenie cytat z dostępnego w Internecie tekstu ks. bp Andrzeja Siemieniewskiego:

http://www.apologetyka.katolik.pl/inne-polemiki/rone/191/1256-kiedy-ziemia-przestaa-by-paska-redniowiecze-wobec-kulistej-ziemi

 

    Skąd się wziął mit o powszechnej – przed Kolumbem i Kopernikiem – wierze w płaską Ziemię? Głównym twórcą tego mitu był XIX wieczny pisarz Washington Irving. W swojej powieści Historia życia o podróży Krzysztofa Kolumba (History of the Life and Voyages of Christopher Columbus) z 1828 roku Irving opisał wymyślone przez siebie wstrząsające zmagania Kolumba z katolickim klerem, który nie chciał rzekomo dopuścić do podróży w obawie przed utratą okrętów, które spadną przecież z brzegu Ziemi w otchłań. W rzeczywistości zaś Kolumb spotkał się z opozycją, ale z całkiem innego powodu: wszyscy wiedzieli że Ziemia jest okrągła i że ma ok. 40 tysięcy kilometrów obwodu, a więc nie da się dopłynąć z Europy do Indii, gdyż trasa będzie za długa jak na ówczesne możliwości. Gdyby nie spotkana po drodze nieoczekiwanie Ameryka – opozycjoniści mieliby rację!

Dalszymi propagatorami mitu byli dwaj kolejni twórcy fikcji z pogranicza historii: John Draper, ktory napisał Historię konfliktu między religią a nauką (The History of the Conflict between Religion and Science, 1874), i przede wszystkim najsłynniejszy z tego grona Andrew Dickson White ze swoją Historią wojny nauki z teologią w chrześcijaństwie (A History of the Warfare of Science with Theology in Christendom) z 1896 roku. Dopiero więc pod koniec XIX wieku uformował się ten mit i jak widać – do dziś ma się dobrze.

Architektura gotycka a scholastyka

    Z wielką przyjemnością i wyrazami wdzięczności zamieszczam tekst nadesłany przez « Avicennę« 

W słynnym studium « Architektura gotycka i scholastyka » Erwin Panofsky porównał scholastyczną metodę filozoficzną i strukturę gotyckiej budowli. Jedna i druga jest bowiem efektem żelaznej logiki – rozumowania i konstruowania. Myśl scholastyczna była metodą dociekań filozoficznych i teologicznych dotyczących najbardziej abstrakcyjnych tematów, których nie dało się dociekać inaczej niż stosując logikę nazw i zdań opracowaną przez starożytnych. Myśliciele średniowiecza byli zafascynowani prawami rozumowania odkrytymi w antyku, z zapałem je rozwijali, doskonalili – i używali. Byli wręcz skrajnymi racjonalistami, i w tym co dało się osiągnąć w filozofii przy pomocy samego tylko rozumowania, osiągnęli szczyt, z którego można było tylko zejść, aby podążyć dalej.  

Scholastyka jest dziś powodem niewybrednych dowcipów różnych felietonistów niezdolnych nawet odróżnić koniunkcji od alternatywy, stąd osiągnięcia filozoficzne  scholastyki są dla nich nie do pojęcia. Ale pocieszmy się, że ten brak kompetencji podobnie uniemożliwia im pojęcie piękna współczesnej nauki i racjonalistycznej filozofii.


Dobrą analogią do osiągnięć scholastycznych jest architektura gotycka. Bywa, iż na podstawie jednego fragmentu filara można zrekonstruować nie tylko system i podział sklepień ale nawet rzut pionowy, czy przekrój kościelnego wnętrza, tak logicznie powiązane są ze sobą elementy budowli. Choć gotyckie kościoły wydają się niewprawnemu oko po prostu ozdobne, to ich bogactwo jest bogactwem struktury nie zaś stosowanego z umiarem ornamentu. Cały system konstrukcyjny jest unaoczniony; widoczne są wszystkie « nerwy » budowli, wzdłuż których siła ciążenia naturalnie i organicznie sprowadza ciężar niebotycznie wyniesionych sklepień do fundamentów. Ten system konstrukcji jest absolutnie funkcjonalny, wyraźnie wyodrębnia elementy konstrukcyjne, które są tylko tak masywne, jak jest to absolutnie konieczne i uwalniają płaszczyzny ścian od funkcji nośnej. Stąd mury zastępowane są taflami witrażowego szkła.

ma_eglise_gothique

Dopiero w XX wieku ponownie osiągnięto podobnie doskonale rozwiązania łączące funkcję, konstrukcję i strukturę budowli – ale dopiero przy pomocy nowych materiałów, przede wszystkim żelazobetonu i stali. Zaś w sztuce wznoszenia budowli kamiennych średniowiecze jest szczytem możliwości ludzkich, dziś już zamkniętym w swej doskonałości, tak jak scholastyka.
Wznoszenie tych oszałamiających budowli nie byłoby oczywiście możliwe bez rozwijania umiejętności technicznych i sztuki abstrakcyjnego myślenia. Mało kto wie, iż w porównaniu ze średniowieczem klasyczna starożytność w dziedzinie wynalazków wlecze się żółwim tempem. Dla mechaniki i metalurgii, żeglugi, ciesielstwa, ekonomii – średniowiecze jest czasem stałego postępu, bez którego wzniesienie katedr nie byłoby możliwe. Budowa katedry, często fundowanej przez społeczności lokalne, było też wieloletnim przedsięwzięciem ekonomicznym, które wymagało wieloletniego planowania i często przyczyniało się do postępu ekonomicznego i społecznego.  

Aby się o tym dowiedzieć, nie trzeba sięgać koniecznie do prac naukowych. Oprócz bowiem popełniania rzeczy ewidentnie durnych, jak « Kod Leonarda », poczytni pisarze potrafią też znakomicie odmalować wiarygodny obraz epoki – takim jest wspaniała powieść Folleta « Filary ziemi », przerobiona nawet na grę komputerową, w której gracz musi rozwiązać wiele problemów logistycznych z dziedziny rozwoju, by móc wznieść katedrę. Przed takimi wyzwaniami, tylko realnymi a nie wirtualnymi – stawali ludzie średniowiecza.

Ów postęp techniczny, ekonomiczny i społeczny, prędzej czy później musiał doprowadzić do spotkania spekulatywnej myśli scholastycznej  i rzemieślniczego doświadczenia. Sprzyjała temu pobożność i filozofia franciszkańska (Roger Bacon), doceniająca wspaniałość stworzenia. Do tego samego punktu zbliżała sie myśl teologiczna, upowszechniana przez kapitalny system edukacyjny. Wokół katedr, klasztorów i kościołów tworzono szkoły, dzięki którym ku uniwersytetom – innemu wielkiemu wynalazkowi średniowiecza – zdążały z całej Europy tłumy scholarów. Zanim podjęli oni studia teologiczne, musieli przejść studium tzw. siedmiu sztuk wyzwolonych, czyli zapoznać się praktycznie z całą znaną wiedzą odziedziczoną po antyku, co doprowadziło do powstania filozofii przyrody. W jej ramach dokonano poważnej pracy intelektualnej zmierzającej do wyodrębnienia, samodzielnienia i zmatematyzowania nauk. Gdy zaczęto łączyć obserwacje i rzemieślnicze doświadczenia ze spekulatywną tradycją filozoficzną uniwersytetów – zrodziła sie nauka nowożytna. Pojawianie sie nauki nie było końcem średniowiecza, jeśli rozumiemy je tak, że musiało się skończyć, by powstała nauka. Nauka jak i renesans były bowiem owocami średniowiecza. Owoc nie jest już drzewem, wyrasta z niego bowiem nowe. Ale to drzewo średniowiecza wyhodowało ten owoc. Nie jest przypadkiem, iż Mikołaj Kopernik żyjący na granicy epok może być nazwany człowiekiem średniowiecza i renesansu jednocześnie.

450px-Septem-artes-liberales_Herrad-von-Landsberg_Hortus-deliciarum_1180


Gotycka katedra, która w swej dekoracji zawierała też niemal encyklopedyczne kompendium ówczesnej wiedzy o świecie –  jest najpełniejszym symbolem średniowiecza – jednej z najwspanialszych cywilizacji w dziejach świata, która została przyćmiona przez swe dziecko – europejską nowożytność, u zarania której narodził się przesąd iż było ciemnością zanim zapłonęło światło odrodzenia; tymczasem było zaś oliwą zgromadzoną w kaganku renesansu. Nawet architektura renesansu jest zasługą średniowiecznego marzenia – najwspanialsze dzieła renesansu rzymskiego fundowane przez papieży były symbolami idei renovatio imperii, odrodzenia cesarstwa. Stąd zapał papieży do posługiwania się formami upadłego imperium. Dzięki doświadczeniu gotyckich artystów można było poważyć się na tak wspaniale przedsięwzięcia, jak kopuła katedry florenckiej czy św. Piotra w Rzymie, daleko przewyższające swe antyczne źródła inspiracji.


Architektura starożytnego Rzymu nie była wbrew pozorom specjalnie wyrafinowana, zwłaszcza konstrukcyjnie. To architektura wschodniego, już chrześcijańskiego cesarstwa, doprowadziła sztukę wznoszenia sklepień i kopuł na wyżyny doskonałości. W Europie zachodniej z pozostałości antycznej architektury zrodziła się wspaniała sztuka romańska, o równie uporządkowanej strukturze jak kościoły gotyckie, ale dalekiej jeszcze od owej organicznej syntezy konstrukcji i formy, jaką przyniósł dopiero gotyk. Dzięki zastąpieniu łuku półkolistego łukiem ostrym architektura średniowieczna opanowała sztukę przesklepiania pomieszczeń o dowolnych kształtach i rozpiętościach niezależnych od promienia łuku. Umożliwiło to eksperymenty z formą nieosiągalne dla starożytnych. Gdy półokrągłe arkady ponownie powróciły z tęsknoty za imperialnym Rzymem, umiejętności konstruktorów dalece przewyższały już sztukę starożytnych. Dlatego renesansowa architektura nie była po prostu odrodzeniem. Ale to już inny temat.


Apogeum średniowiecza stanowi strzelisty kościół gotycki – znak aspiracji ducha, który szanując stworzenie Boże odkrył w nim boski porządek – prawa natury, które wykorzystano ad maiorem Dei gloriam, póki nie okazało się jak bardzo może to zmienić również nasze ziemskie życie.

goth-4-w

Czy kobieta ma duszę? Jak powstała kolejna racjonalistyczna legenda.

 

Na wielu forach, na wielu stronach internetowych, tak zwani racjonaliści, chcąc wskazać na głupotę wierzących i Kościoła przytaczają tak zwane fakty o tym jakoby na jednym z soborów biskupi Kościoła rzymskiego zastanawiali się nad tym czy kobieta ma duszę. Jedni twierdzą, że miało to miejsce podczas soboru trydenckiego, inni przywołują synod w Mâcon z VI wieku. Żeby całkowicie pogrążyć katolików przytacza się dodatkowo „fakt” jakoby decyzja o tym, że kobieta  ma jednak dusze zapadła większością trzech głosów, a według niektórych bojowników racjonalizmu, nawet przewaga tylko jednego głosu.

blog_qk_18993_6318078_tr_women-721144 

Jakie są fakty? Otóż taka debata nigdy w historii nie miała miejsca. Podobnie jak z przypadkiem skazania i spalenia Giordano Bruno,

(patrz: http://medieval-man.blog.onet.pl/Giordano-Bruno-fakty-i-mity,2,ID377613977,n, oraz http://www.kosciol.pl/article.php/20090516175940343 )

mamy do czynienia z legendą powstałą wiele lat później. Ponieważ jednak nie ma dymu bez ognia, tak jak w przypadku mitu o Giordano Bruno podstawą dla powstania legendy stał się list Gaspara Schoppa o niepotwierdzonej, a wręcz wątpliwej autentyczności, tak w przypadku debaty o istnieniu kobiecej duszy podstawą była pewna kontrowersja lingwistyczna jaka nastąpila podczas drugiego soboru w Mâcon w 585 roku.

clermont2

W czasie trwania tego synodu powstał pewien śmieszny problem natury lingwistycznej czy semantycznej podniesiony przez jednego z biskupów, który zadał pytanie czy homo (po łacinie) oznacza ogólnie człowieka, czyli mężczyzn i kobiety, czy tez należy odnosić to pojęcie jedynie do mężczyzn.

Dyskusja ta nie znalazła się w ogóle w dokumentach synodalnych, ale została przekazana przez Grzegorza z Tours w jego Historiach zwanych dziś błędnie Historie Franków:

„Powstał na tym synodzie jeden z biskupów, który powiedział, że kobiety nie można nazywać homo. Lecz, przekonany przez biskupów, uspokoił się jednak. Święta księga Starego Testamentu uczy bowiem, że kiedy na początku Bóg stworzył człowieka, powiedział: <Mężczyzną i niewiastą stworzył ich i dał im nazwę Adam> (Rdz 5,2), to znaczy człowiek ziemski. A więc oboje nazwał człowiekiem (homo), zarówno niewiastę, jak męża. Lecz i Pan Jezus Chrystus dlatego jest nazywany Synem Człowieczym, że jest synem Dziewicy, a więc niewiasty. Kiedy bowiem gotował się do przemiany wody w wino, powiedział: <Cóż mnie i tobie, niewiasto?> (J 2,4) itd. Podano i liczne inne przekonujące świadectwa, tak że sprawa ustała » (Historia Francorum 8,20 — PL 71,462).

Zadane pytanie dotyczyło kwestii lingwistycznych a nie filozoficznych. Cytat z Pisma świętego w wersji Wulgaty brzmi bowiem następująco:  Ť Et creavit Deus hominem ad imaginem suam, ad imaginem Dei creavit illum, masculum et feminam creavit eos. ť Rdz 1, 27 (doslowne : i Bóg stworzył człowieka na swój obraz , na swój obraz Bóg go stworzył, stworzył go mężczyzna i niewiastą).

W klasycznej łacinie słowo homo oznacza każdego człowieka (bez rozróżnienia płci); w tejze klasycznej łacinie słowo vir oznacza człowieka mężczyznę podczas gdy femina albo mulier oznaczaja kobietę.

Jednak w VI wieku łacina nie była już tą samą łaciną i sytuacja się zmieniła. W słownictwie teologicznym określenie vir  zaczyna być używane w sensie duchowym na oznaczenie człowieka (mężczyzny lub kobiety) obdarzonych mocą i łaską, czyli cnotą (vir, virtus). Ba, słowa vir używa się nawet na określenie anioła. I odwrotnie, słowo homo zaczyna coraz częściej być używane na określenie osoby płci męskiej, jak to ma miejsce także w dzisiejszym francuskim gdzie homme (człowiek) to także przede wszystkim homme (mężczyzna).

Ten zwyczaj lingwistyczny rozpowszechnił się już w VI wieku do tego stopnia, że biskupi na synodzie w Mâcon musieli przypomnieć, że słowo homo na początku oznaczało w ogóle człowieka a nie tylko mężczyznę.

A przy tym wszystkim, w ogóle nie było poruszane zagadnienie odnoszące się do pytania o dusze kobiety.

Skąd więc legenda?

Wydaje się, że zaczęła się ona rodzić pod koniec XVI wieku, kiedy to oburzony luteranin Lukas Osiander (Starszy) w taki oto sposób przedstawił wydarzenie z drugiego synodu w Mâcon (585), na podstawie relacji Grzegorza z Tours:

„Poza tym, podczas tego synodu mieliśmy do czynienia z biskupem, który twierdził, że kobieta nie może być nazywana człowiekiem (mulierem non posse dici hominem). Oto jak poważne i godne dyskusji kwestie poruszano na tym synodzie. Ja, odesłałbym tego biskupa do pasania świń. Jeśli bowiem jego matka nie była człowiekiem, to chyba narodził się z maciory.” (Lucas Osiander, Epitomes Historiae ecclesiasticae, Centuria sexta, l. 4, rozdział. 15, Tübingen, 1598, str. 285.)

Równolegle, pewien młody duchowny, nauczający na Śląsku, Valentius Acidalius, opublikował w 1595 roku Disputatio perjucunda qua anonymus probare nititur mulieres homines non esse, pamphlet, w którym wyśmiewa sposób, przy pomocy którego socynianie (nazywa ich anabaptystami) zaprzeczają boskości Chrystusa. Chce wykazać, że taki sposób dowodzenia pozwala na udowodnienie, iż kobiety nie są ludźmi. Nie mówi o synodzie w Mâcon, lecz wspomina o tym, iż anabaptyści przeczą jakoby kobiety miały dusze. W odpowiedzi na jego pamflet pewien uniwersytecki wykładowca, luteranin (który nie zrozumiał ironii Acidaliusa), Simon Geddicus, opublikował swój pamflet zatytułowany „Obrona płci żeńskiej”, który miał zbijać punkt po punkcie rozumowanie Acidaliusa. Obydwa pamflety były często wydawane, ciągle z nowymi komentarzami, aż w końcu w 1647 roku pojawiła się w Lyonie drukowana wersja zatytułowana Sur le fait que les femmes n’ont point d’âme, et n’appartiennent pas ŕ la race humaine, comme le prouvent maint passages des Saintes Écritures, czyli O tym, że kobeity nie mają duszy i nie należą do rodzaju ludzkiego, jak dowodzi to w wielu miejscach Pismo święte. Tekst ten wzbudził zrozumiałe zainteresowanie Kościoła a papież Innocenty X polecił umieszczenie go na indeksie dekretem z 18 czerwca 1651 roku.

Co dalej?

Luterański pastor z okolic Frankfurtu, Johannes Leyser opublikował w 1676 roku pod pseudonimem dzieło zatytułowane  Polygamia Triumphatrix (Theophilus Aletheus, Polygamia Triumphatrix, Lund w Skani, ale w rzeczywistości Amsterdam, 1682), w którym powołując się na Osiandera głosi pogląd, że ojcowie synodalni z Mâcon powątpiewali w przynależność kobiet do rodzaju ludzkiego. Sam będą mizoginem, znajduje tu potwierdzenie dla swych tez pisząc :

„Pomiędzy świętymi ojcami (synodu) pojawił się jeden, który bronił poglądu, że kobiety nie mogą być nazywane ludźmi. Sprawa wydała się tak poważna, że debatowano o tym publicznie w Bożej obecności i dopiero po wielu ożywionych sporach ustalono, że kobiety należą do rodzaju ludzkiego.” (str. 123).

W tym miejscu więc, w związku z tezą o braku przynależności kobiet do rodzaju ludzkiego pojawił się temat synodu w Mâcon zaczerpnięty z pism Osiandera i temat braku duszy u kobiet pochodzący od Acidaliusa.

W 1697 roku, wielki kalwiński erudyta Pierre Bayle, poprzednik racjonalistów i encyklopedystów (nawiasem mówiąc jego nazwisko pojawia się przy tworzeniu legendy o Giordano Bruno) z upodobaniem odzwierciedla te publikacje w swoim Dictionnaire historique et critique. Cytuje Acidaliusa, odsyła do Leysera i podsumowuje pisząc:

„Tym, co jest dla mnie najdziwniejsze jest fakt, że na synodzie w Mâcon na poważnie zastanawiano  się nad tym, czy kobieta jest człowiekiem i ze zdecydowano się na potwierdzenie tego dopiero po długiej analizie” (BAYLE (Pierre), Dictionnaire critique et historique, tom I, 2a część, Amsterdam, Reinier Leers, 1697, str. 1224, hasło Ť Geddicus ť).

 

Legenda „racjonalistów” ruszyła z kopyta i trwa do dzisiaj.

Giordano Bruno – fakty i mity

      Rząd włoski zezwolił w 1889 roku na wzniesienie na jednym z placów stolicy katolicyzmu pomnika ku czci Giordano Bruno.  Jak należy rozumieć, najważniejszym powodem wydania takiego zezwolenia była artystyczna wartość figury przedstawiającej myśliciela z Nolano, gdyż jak na razie nie istnieje żaden poważny dowód świadczący o tym,  że Bruno rzeczywiście został spalony przez Inkwizycję. W celu wywarcia większego wrażenia na turystach  pod pomnikiem umieszczono wzmiankę wyrytą na kamiennej tablicy, gdzie wspomina się także o innych „męczennikach za prawdę” takich jak Hus, Arnold z Brescii i Campanella.

blog_qk_18993_6318078_tr_giordanobrunostatue

Nie wiemy jednak z całą pewnością, że Bruno został skazany na śmierć, i że wymierzona została mu ta kara. Wiemy jedynie, że w  1592 roku został aresztowany przez Świętą Inkwizycję w Wenecji  wskutek oskarżeń o herezję. Nie chodziło o żadne oskarżenia odnoszące się w jakimkolwiek stopniu do badań naukowych, a już najmniej odnoszących się do rzekomej obrony przez Bruno teorii Kopernika, która w tym czasie nie znajdowała się na Indeksie.

Giordano Bruno, a właściwie Pilippo Bruno, gdyż Giordano jest imieniem zakonnym, które przyjął wstępując do Zakonu Dominikanów, od imiena drugiego generała zakonu błogosławionego Jordana z Saksonii, sądzony był, według obowiązującego wówczas prawa jako teolog, za głoszenie herezji, choć tak naprawdę istnieją podejrzenia, że głównym powodem aresztowania i usiłowania usunięcia Bruno z życia publicznego było propagowanie przez niego niebezpiecznych idei politycznych. Chciał on między innymi stanąć na czele nowej religii, co w XVI wiecznej Europie skąpanej już w krwi wojen katolicko-protestanckich, pamiętającej  o wyczynach Husa i hrabiego de Rais we Francji (satanisty, który w swoim zamku dla potrzeb kultu wymordował kilkaset osób, od którego wzięła się legenda o Sinobrodym, którym straszy się do dzisiaj dzieci we Francji)  stanowiło wystarczający powód do obaw przed nową krwawą łaźnią, bo dawni Europejczycy, wbrew poglądom marksistów-leninistów nie palili się wcale do rzezi, i też pragnęli życia w pokoju.  Wiemy też, że 6 lat później, sprawę przejęła Święta Inkwizycja w Rzymie, kontynuująca dochodzenie podczas którego Bruno traktowany był ze wszelkimi honorami, mieszkał wygodnie, otrzymywał wykwintne posiłki, dodatkowo wykwintniejsze podczas świąt. Najprawdopodobniej (bo nie istnieją ślady w dokumentach źródłowych) został skazany na śmierć, lecz nie wiemy czy kara została wykonana dosłownie, czy też spalono, jak to było już wtedy w zwyczaju, jego kukłę.

bio3b

Skąd więc wzięła się legenda o spaleniu Giordano Bruno? Miał on umrzeć na stosie 17 lutego 1600 roku tymczasem pierwsza, publiczna wzmianka o tym fakcie medialnym pojawiła się dopiero w drugiej połowie XVII stulecia. W roku 1600 nikt, ale to dosłownie nikt w całej Europie o tej śmierci nie donosił. Watykańskie dokumenty wspominają o dochodzeniu w sprawach teologicznych przeciwko Bruno, ale nie ma w nich śladu o wyroku, ani też o egzekucji, chociaż w podobnych przypadkach dokumenty takie opisują szczegółowo sentencję wyroku jak i przebieg wymierzenia kary. Nie ma najmniejszego śladu o tym wydarzenia także w dokumentach zagranicznych ambasad przy Watykanie, które zwykły na bieżąco relacjonować wszystkie ważne i nieważne wydarzenia, nie ma takiego śladu w dokumentacji ambasadora Wenecji, który w szczególny sposób był zainteresowany sprawą, która dwa lata wcześniej przeszła spod jurysdykcji Wenecji pod jurysdykcję Rzymu.

Wydarzenia, które nastąpiły wiele lat później świadczą na niekorzyść legendy. Pierwszą osobą, która wspomniała o tym wydarzeniu był, według dokumentacji Bruckera (Brucker, Hist. de la philos., 5e vol., p. 27. E. Saisset, Revue des Deux Mondes) luterański pastor Johan Henrich Ursin, który we wstępie do swego dziełka Komenatrze do Zaratustry opublikowanym w drugiej połowie XVII wieku cytuje znaleziony w wydanej w Niemczech w 1621 roku książce (sygnowanej przez nieistniejącego autora, z fałszywym miejscem i datą druku) Machiavellizatio, list przypisywany niejakiemu Gasparowi Schoppowi, pisany do jego przyjaciela Rittershausena. Jednak ani Brucker, ani Ursin nie widzieli oryginału listu, cytując go tylko z książki, której wspomniany wyżej sposób wydania nie przemawia za jej wiarygodnością.

Kim był autor owego rzekomego listu? Gaspar Schopp (Scioppus) to znany filolog z Neumarktu w Palatynacie, i barwna postać przełomu XVI i XVII stulecia.  Podróżował po Włoszech, Hiszpanii, i Niemczech, wyrzekł się protestantyzmu, w którym został wychowany i osiedlił się w Rzymie gdzie został przyjęty z honorami przez papieża Klemensa VIII. Znany z częstych zmian upodobań, zmiennych humorów i poglądów, niestałości i wielkiej pychy, po wielu zawirowaniach schronił się w Padwie, gdzie zmarł w 1649 roku znienawidzony przez wszystkich: tak katolików jak i protestantów. Jego życie było nieustannym odwoływaniem poprzednio wyznawanych fanatycznie poglądów. Wielbiciel dzieł Józefa Scaligera, potem żywo z nim polemizował, nawrócony na katolicyzm dzięki pracom teologicznym Jezuitów, później zaciekle zwalczał ich poglądy.

To jemu dziełko Machiavellizatio przypisuje autorstwo listu, który jak na świeżo nawróconego katolika, Niemca brzmi co najmniej dziwnie. Otóż pisząc do Rittershausena, w tydzień po egzekucji Bruno, Schopp zaczyna od wspominania, że według powszechnej opinii Rzym skazał Giordano Bruno za… luteranizm. Zupełnie jakby ten niedawno nawrócony na katolicyzm naukowiec chciał w luteranach wzbudzić jeszcze większą niechęć do katolików, co już wydaje się nieprawdopodobne. Raczej starałby się usprawiedliwiać papiestwo. Wszystkie inne, znane pisma Schoppa z tego okresu świadczą o jego wielkiej gorliwości typowej dla nowo nawróconego. Tymczasem list pisany do przyjaciela protestanta, według zapewnień, dla zdjęcia z dworu papieskiego zarzutów o okrucieństwo, w gruncie rzeczy dorzuca okoliczności obciążające i wzmagające nienawiść protestantów do katolicyzmu. Mało tego, w pierwszej części listu Schopp zabawia się w opis życia Giordana szczególny nacisk kładąc na przypominanie o wydarzeniach związanych z jego pobytem w Niemczech, zupełnie jakby adresat listu, też Niemiec o tym w ogóle nie wiedział, co jest samo w sobie nieprawdopodobne i świadczy raczej o chęci napisana dziełka propagandowego. W zakończeniu listu natomiast znajduje się wzmianka, że dzięki swej karze „Bruno będzie mógł w innych światach, w których istnienie tak wierzył, opowiadać jak to Rzymianie zazwyczaj traktują bezbożnych i bluźnierców”. Takiego sformułowania nie użyłby na pewno przyjaciel Rzymu, starający się raczej bronić Kościół przed fałszywymi zarzutami.

Z chwilą więc publikacji rzekomego listu Schoppa, który jest w ogóle jedynym dokumentem opisującym wyrok i egzekucję Giordana Bruno legenda ruszyła. Około 1680 roku jeden z erudytów, znany jako Nikodemus starał się zweryfikować autentyczność listu Schoppa i nie potrafił jej potwierdzić, co wzbudziło niechęć przyszłych historyków. Legenda, o której w ogóle mało kto wiedział zaczęła coraz bardziej się rozpowszechniać, lecz nie dzięki znalezieniu nowych dokumentów, ale dzięki umieszczaniu jej w coraz to większej liczbie publikacji. W 1701 roku, a więc 101 lat po nieudowodnionym wydarzeniu Struvius upowszechnił list przypisywany Schoppowi w Actes littéraires. Od tej pory opowiadane przypisywane Schoppowi nie zyskało dowodów na swoją autentyczność, ale zyskało większą ilość chętnych czytelników a w konsekwencji większą ilość tych, którzy opowiadaniu temu uwierzyli. Historycy tacy jak, Toland, w Anglii, Mathurin Veyssičre de la Croze (mnich apostata zbiegły do Niemiec) i Nicéron we Francji uznali jak Struvius autentyczność listu. Jedynie historycy w Italii, najbardziej predysponowani do weryfikowania takich informacji wydawali się nieprzekonani;  w 1726 roku jeden z bibliofilów włoskich, Haymius, podawał zupełnie inną wersję wydarzeń odnoszących się do Giordano Bruno i głosił, że filozofa tego spalono jedynie symbolicznie poprzez umieszczenie na stosie figury, który go przedstawiała.

43534_1435x2000

Milczenie wszystkich współczesnych, absolutne milczenie, ponieważ list Schoppa  nie wytrzymuje poważnej krytyki historycznej, jest czymś naprawdę niewytłumaczalnym,  jeśli Bruno faktycznie został spalony w Rzymie. Czy taka egzekucja, w środku Rzymu, tego Rzymu, gdzie w przeciwieństwie do Hiszpanii czy Francji stos nie był codziennością,  mogła przejść niezauważona ? A przecież skazany nie był kimś nieznanym, zwykłym bezbożnikiem, ale słynną osobistością. Jednak nic z tego! To jeden z najsłynniejszych filozofów Europy, najzacieklejszy wróg Rzymu i chrześcijaństwa. Zostaje spalony i nikt na to nie zwraca uwagi! Przynajmniej nikt nie pisze na ten temat w żadnym wydawnictwie epoki. A kiedy w 1619 roku inny filozof, bezbożnik Vanini zostaje stracony w Tuluzie, wszyscy o tym piszą. Niezależnie od relacji Grammonda, mamy świadectwo Mersenne’a, mamy opis wydarzenia w  Mercure de France. W przypadku Giordano Bruno żaden współczesny autor nie poświęcił temu tragicznemu wydarzeniu ani słowa. W czasach zaciekłych sporów religijnych ani jeden protestancki pisarz nie wspomina o tym wydarzeniu choćby po to, by skierować nienawiść współwyznawców na Rzym, nie pisze o tym żaden katolik starając się o uzasadnienie tego wydarzenia. Dlaczego? Najprawdopodobniej ani katolicy ani protestanci o takim wydarzeniu w ogóle wtedy nie słyszeli.  

Można byłoby w zamian postawić pytanie o to, co stało sie z Bruno po jego uwięzieniu w Rzymie w 1598 roku jeśli egzekucja nie miała miejsca. Nie wiadomo. Brak jakichkolwiek danych. Jednak milczenie współczesnych o losach Bruno jest jeszcze bardziej dziwne gdyby hipoteza o jego spaleniu była prawdziwa. Wydaje się, że pozostał w Rzymie, być może uwięziony do końca życia w jednym z klasztorów swego zakonu. Wiemy bowiem, że przez cały czas trwania procesu zjawiali się u niego dominikanie, jego współbracia, usiłując namówić brata, za jakiego w dalszym ciągu go uważali do wycofania się z herezji i powrotu na łono Zakonu. Oczywiście, taka hipoteza, równie prawdopodobna, co hipoteza o spaleniu Bruna przy całkowitym milczeniu i ciszy w mediach epoki nie jest dziś wygodna i stoi w sprzeczności z naszymi dążeniami do fantazjowania. Z reguły dziś dla większości obraz Giordana Bruno to obraz człowieka, naukowca, umierającego za prawdę, rzucającego wyzwanie swym sędziom i umierającego ze stoickim spokojem osoby pewnej sprawiedliwego osądu przyszłych pokoleń. Tak trudno wyobrazić go sobie umierającego ze starości w habicie dominikańskim. Jednak o wiele trudniej jest wyobrazić sobie kaźń publiczną słynnej osobistości, o której nikt nie wiedział, ani się nią nie wzruszył.

Czy islam ocalił kulturę antyku?

 

Powszechnie obowiązującym dziś przesądem, co do stanu wiedzy i nauki czasów Średniowiecza jest opinia jakoby starożytna wiedza grecka (filozofia, medycyna, matematyka i astronomia) zniknąwszy całkowicie na obszarze Europy, znalazła dla siebie schronienie w świecie muzułmańskim, który przetłumaczył jej osiągnięcia na język arabski, przyswoił ją sobie i rozwinął, zanim przekazał ją następnie dalej europejskiemu Zachodowi, co miało umożliwić Europie wejście w tak zwane odrodzenie, a później gwałtowną ekspansję zachodnioeuropejskiej kultury.

arabscholar3

 Taka popularna „wiedza” jest niestety zmontowana z samych pomyłek i błędów. Przecież więzi Europy zachodniej z Bizancjum, mimo że napięte i ograniczone nigdy nie zostały całkowicie zerwane. Greckie rękopisy swobodnie krążyły między tymi dwoma centrami cywilizacyjnymi. W czasie tak zwanych „mrocznych wieków” nie brakowało nigdy, zwłaszcza na Sycylii i w Rzymie osób znających wyśmienicie grekę.

W latach 685 do 752 mamy do czynienia w Rzymie z następującymi po sobie papieżami mającymi pochodzenie greckie i syryjskie. W latach 785-763 Pepin Krótki otrzymał od papieża Pawła I liczne greckie manuskrypty, a zwłaszcza Retorykę Arystotelesa. Wielu spośród Ojców Kościoła cytuje Platona i wielu innych autorów pogańskich, których większość dzieł to oni ocalili. Tak, więc Europa zawsze pozostawała świadoma swych związków ze starożytną Grecją i stale karmiła się jej tekstami.

Uważa się powszechnie, że to muzułmanie dokonali głównej części pracy polegającej na tłumaczeniu tekstów greckich na arabski. Jednak nawet tak wielcy miłośnicy Greków jak Al-Fârâbî, Avicenna i Averroes nie potrafili nawet słowa przeczytać z oryginalnych tekstów; czytali oni jedynie tłumaczenia na arabski dokonane przez chrześcijan syryjskich języka aramejskiego.

Jednym z najsłynniejszych chrześcijan syryjskich władających zarówno greka jak i arabskim był Hunayn ibn Ishaq (809-873), który opracował medyczny i naukowy słownik arabski tłumacząc na arabski ponad 200 dzieł greckich. Mimo, że znał arabski nie był muzułmaninem, tak samo jak praktycznie niemal wszyscy pierwsi tłumacze dzieł greckich na język arabski.

bedeport

Modna dzisiaj, zniekształcona wizja dziejów usuwa w kąt decydującą rolę chrześcijan języka arabskiego w dokonaniu tłumaczeń dzieł greckiej Starożytności najpierw na język syriacki (wschodnioaramejski okolic Edessy), a później także na język wyznawców Koranu.

Jednak recepcja starożytnej myśli greckiej w środowisku muzułmańskim była selektywna i ograniczona, nie miała też praktycznie żadnego wpływu na przemiany kulturowe w islamie. Kraje islamu, mimo że dysponowały filozoficznymi dziełami greckiego Antyku nigdy nie poddały się procesowi hellenizacji. Natomiast tłumacze z Góry Świętego Michała (Mont Saint-Michel) dokonali przekładu niemal całości dzieł Arystotelesa na wiele dziesięcioleci zanim w Toledo nie przetłumaczono tych samych dzieł na podstawie ich arabskiej wersji.

1597

Zamiast więc wyobrażać sobie, że islamski świat Średniowiecza, pełen otwartości i dynamizmu oraz szlachetności przybywa z pomocą bezwładnej, uśpionej Europie środki dla jej późniejszego rozkwitu, należałoby raczej uświadomić sobie, że Europa nie otrzymała tych środków w darze. Raczej sama wyruszała na ich poszukiwanie dla skompletowania posiadanych już przez nią wcześniej tekstów. I tylko ona wykorzystała te teksty na gruncie nauki. Podsumowując: wbrew politycznie poprawnym, acz przesądnym opiniom, europejska kultura naprawdę niewiele zawdzięcza islamowi.